02-nagrodyZ Andrzejem Ziobrem, rozmawia Maja Netter

Panie Andrzeju, zajmuje się Pan od blisko czterdziestu lat lotniczym modelarstwem redukcyjnym. Proszę przybliżyć nam, tę  dziedzinę.

To budowa w określonych skalach pomniejszenia modeli statków powietrznych, których pierwowzory były lub są obecnie eksploatowane. Cechuje je bardzo wysoki poziom wierności odwzorowania. Odtwarzane są nie tylko elementy wyposażenia zewnętrznego, ale także całe wnętrza statków powietrznych, z niekiedy bardzo skomplikowaną armaturą, a nawet rozmaite ślady eksploatacji, jak np. okopcenia z kolektorów spalin, wypłowienia i przetarcia powłoki lakierniczej, wycieki płynów eksploatacyjnych, ślady błota pryskającego z kół podwozia i wiele innych efektów kolorystycznych. Takie modele robi się w oparciu o bogatą dokumentację merytoryczną.

Te modele jednak nie latają. Na czym więc polega rywalizacja konkursowa?

Tu decyduje precyzja wykonania, nawet tych bardzo małych elementów składowych modelu, często wyraźnie widocznych dopiero pod lupą. Oceny dokonują sędziowie, których zadaniem jest określić w jakim stopniu dany model jest wierną minirepliką prawdziwego statku powietrznego.

Ma Pan na swoim koncie wiele zwycięstw w konkursach modeli redukcyjnych ostatnio w Brazylii...

W czerwcu startowałem w największym brazylijskim konkursie modeli redukcyjnych dwoma modelami samolotów bombowych z okresu II Wojny Światowej – Lancasterem i Liberatorem. Impreza miała miejsce w Rio de Janeiro. Obydwa modele zdobyły tam główne nagrody.

01-junkersTo nie był Pana pierwszy start za oceanem ... 

Tak, to był już mój czwarty kontynent poza Europą. Najpierw była Ameryka Północna i zwycięstwo w największym konkursie na tym kontynencie, w USA w 2009 roku. W 2010 była Ankara i również zdobycie pierwszego miejsca w klasie Masters w bardzo trudnym konkursie międzynarodowym. Następnie Melbourne Model Expo, największy konkurs australijski, gdzie, oprócz I miejsca w mojej kategorii, zdobyłem główną nagrodę, tzw. Best of Show i dodatkowo także People’s Choice Awards.

Ale wcześniej była Europa...

Najpierw oczywiście Polska. Zacząłem startować w konkursach w 1974 roku. Początki były trudne, bo w tamtych czasach modelarstwo redukcyjne dopiero zaczynało raczkować jako coś w rodzaju dyscypliny mającej znamiona rywalizacji sportowej. W 1984 roku odbyły się I Mistrzostwa Polski Redukcyjnych Modeli Lotniczych zorganizowane pod patronatem ówczesnego APRL. Od 1985 roku w kolejnych pięciu edycjach Mistrzostw zdobywałem złote medale. Później, w latach 1987-88, były dwukrotnie rozegrane Mistrzostwa Państw Socjalistycznych, z których również przywiozłem medale – z pierwszej edycji brązowy, a z drugiej srebrny. Wtedy nie udało mi się pokonać Czechów, ale byłem jedynym Polakiem, który zdobył tam medal.

Czesi byli wówczas lepsi?

Wtedy to była Czechosłowacja. Ta dziedzina modelarstwa była tam bardzo dobrze rozwinięta, miała również wsparcie ówczesnych władz, w pewnym sensie jak wszystko w tamtych czasach, podporządkowana politycznym priorytetom. Tamtejsi modelarze mieli o wiele lepszy dostęp do dokumentacji modelarskich i do akcesoriów pozwalających budować znakomite modele i te atuty potrafili wykorzystać. Również dziś modelarze z Czech i Słowacji są trudnymi przeciwnikami i w światowym modelarstwie redukcyjnym odgrywają ważną rolę. Jednak z ich najlepszymi modelarzami także udało mi się wygrać w późniejszych latach – najpierw na ich terenie, podczas Mistrzostw Czechosłowacji, a później wielokrotnie pokonywałem czeskich i słowackich modelarzy w różnych europejskich konkursach.


Jak to się stało, że od jakiegoś czasu zaczął Pan startować przede wszystkim za granicą?

Po piątej z rzędu wygranej Mistrzostw Polski i zdobyciu Złotej Odznaki Modelarskiej z Trzema Diamentami, dodatkowo gdy Aeroklub wycofał się z organizacji mistrzostw, okazało się, że nic więcej w kraju nie będę mógł osiągnąć. Mógłbym najwyżej przez kolejne lata startować w krajowych konkursach organizowanych przez lokalne kluby modelarskie. Doszedłem do wniosku, że trzeba pójść o krok dalej i spróbować zmierzyć się z modelarzami z innych państw. Początkowo wchodziły w grę tylko państwa bloku wschodniego. Zachód był poza mym zasięgiem z czysto finansowych powodów. Dlatego bardzo aktywnie uczestniczyłem w konkursach czechosłowackich i węgierskich. W tym czasie zbudowałem już kilka modeli, które – tak mi się wówczas wydawało – na arenie międzynarodowej miały „jakieś szanse” na medale. Wreszcie świat otworzył się szerzej i mogłem próbować swych sił w Europie Zachodniej. Zyskałem bowiem znakomitego protektora i sponsora w Agencji Lotniczej Altair, gdzie podjąłem pracę najpierw w „Skrzydlatej Polsce”, a później powierzono mi kierowanie drugim tytułem wydawniczym – Magazynem Lotniczym „AeroPlan”. Dzięki finansowemu wsparciu agencji zyskałem realną możliwość startu w największym brytyjskim konkursie – Model World, który jednocześnie był nie tylko największym konkursem w Europie, ale także jednym z największych na świecie.

W Model World wystartowałem jako pierwszy Polak w 1995 roku. Jednak, żeby tam pojechać musiałem „podpiąć się” do reprezentacji czeskiej, bo w Polsce ani Aeroklub ani LOK, instytucje mające statutowo wspierać modelarstwo, nie były zainteresowane wysłaniem polskiego modelarza w roli reprezentanta kraju. Pomogli mi moi czescy przyjaciele modelarze, oferując miejsce w ich ekipie, a pieniądze wyłożyła „Skrzydlata Polska”. Zabrałem wtedy dwa najlepsze modele – Lockheed A-12 i Li-2. Gdy dotarliśmy na miejsce i zobaczyłem ogromną liczbę pięknie wykonanych miniaturowych samolotów, statków, okrętów i wszelakich pojazdów przywiezionych przez modelarzy z wielu państw, mina mi zrzedła. Ten ogrom konkurencji to był prawdziwy szok. Pomyślałem sobie wówczas – „czego ty tu, chłopie, szukasz w takiej doborowej stawce”. Było tam wielu znanych modelarzy, których dzieła mogłem dotąd zobaczyć jedynie w zagranicznych czasopismach. O ile przed wyjazdem liczyłem, że jakiś jeden medal – jak zwykło się mawiać w naszym środowisku „choćby zrobiony z kartofla” – zdobędę, to po zapoznaniu się z konkurencją stwierdziłem, że nie mam szans. Przeżyłem szok, gdy ogłoszono wyniki. Mój A-12 zdobył zaszczytny tytuł Class Winner, a Li-2 został nagrodzony prestiżowym Pucharem Revella. Wyciągnąłem wtedy zabrany z Polski mały biało-czerwony proporczyk i postawiłem go obok moich modeli – niech wszyscy wiedzą, że to modele Polaka, który jako pierwszy w historii tego słynnego konkursu „przyplątał się” tam zabrany na doczepkę przez Czechów! To zwycięstwo nie tylko mocno mnie podbudowało i pozwoliło uwierzyć we własne siły, ale umożliwiło nawiązanie kontaktów z modelarzami innych krajów. Posypały się zaproszenia do udziału w konkursach od Francuzów, Niemców i Belgów. Wówczas nie było przecież Internetu i jedyny sposób uzyskania informacji stanowiły czasopisma modelarskie, które do nas wtedy docierały ze sporym opóźnieniem. W tamtych realiach takie bezpośrednie zaproszenie to był „wielki skarb”!

Czy po spektakularnym sukcesie w Wielkiej Brytanii postanowił Pan wygrać wszystkie największe konkursy na świecie?

O nie! Mimo tego zwycięstwa woda sodowa nie uderzyła mi do głowy. Przede wszystkim przekonałem się tam naocznie, że wybitnie utalentowanych modelarzy jest na świecie cała masa i, że każde zwycięstwo należy traktować w kategorii „udało się”, a nie uważać się za jakiegoś niepokonanego mistrza tylko dlatego, że wygrało się konkurs, nawet ten największy! Wtedy zrozumiałem również, że aby wygrywać, trzeba całkowicie poświęcić się budowie modeli. Trzeba modelarskie hobby zamienić w życiową pasję, której realizacja często będzie wymagała pełnego oddania i świadomej rezygnacji z wielu przyjemności. I co najważniejsze, trzeba zacząć budować modele zupełnie inaczej, niż to robią ci najlepsi. Znaczenia zwrotu „zupełnie inaczej” wtedy jeszcze nie umiałem jednoznacznie zdefiniować. To była jedynie jakaś intuicyjna koncepcja, początkowo bardzo mglista, polegająca na tym, że muszę zacząć robić modele w taki sposób, by nie tylko przyciągały wzrok sędziów, ale zachwycały ich niespotykaną dotąd precyzją.

03-junkersKtóry model był pierwszy?

Junkers G-23w, ale zanim do tego doszło minęło jeszcze kilka lat, które poświęciłem na rozmaite eksperymenty i bardzo wnikliwe obserwacje oraz analizę tego, co dzieje się podczas sędziowania. Za ciężkie pieniądze kupiłem kamerę video i gdy tylko było to możliwe ustawiałem ją gdzieś z boku, by nagrywać zachowania sędziów. Na nagraniu sprawdzałem, przy których modelach jurorzy zatrzymują się najdłużej, następnie robiłem szczegółowe zdjęcia tych modeli i porównywałem je z wynikami konkursu. Po powrocie do domu bardzo starannie analizowałem zebrany materiał, starając się znaleźć odpowiedź, co najbardziej zachwycało ludzi oceniających modele. Dzisiaj może to sprawiać wrażenie dość dziwnego zachowania, ale proszę pamiętać, że ćwierć wieku temu w Polsce wiedza o światowym modelarstwie redukcyjnym była praktycznie zerowa – żaden Polak mieszkający w naszym kraju nie miał z nią kontaktów, a prasa modelarska realizowała jedynie kolekcjonerską wersję tej formy modelarstwa, czyli „kup model, sklej go i pomaluj jak najszybciej, a potem kup następny”. Tymczasem konkursowe modelarstwo redukcyjne rządziło się zupełnie innymi prawami. Nikt ich jednak nie opisywał, a tym bardziej nie analizował w kontekście uzyskiwania sukcesów w rywalizacji. Stąd też metodyczne podejście do problemów starannego dobierania modeli pod kątem szans na wygranie i odpowiednie przygotowywanie do konkursów wydawało mi się czymś niezbędnym. Wnioski wyniesione z tych „badań” dały mi podstawę do rozpoczęcia prac nad pierwszym modelem, który z założenia miał wygrywać rywalizację. Innymi słowy nie miał to być już model, którym można było wygrać w sprzyjających okolicznościach lecz taki, który powinien wygrywać niezależnie od lokalnych różnic regulaminowych i jakichkolwiek subiektywnych preferencji sędziowskich. Zbudowanie tego pierwszego modelu zajęło mi 4,5 roku codziennej, wielogodzinnej pracy.

Junkers zaczął wygrywać...

Wygrał w kilkunastu krajach. Specyfika każdej rywalizacji polega na tym, że wystarczy jeden lepszy „przeciwnik”, by stracić miejsce na tzw. pudle, więc trudno mi określić, który konkurs był najtrudniejszy. Z pewnością najbardziej spektakularna nagroda jaka mi przypadła to złoty medal w Berlinie, gdzie jednym z sędziów był ówczesny dyrektor Technikmuseum w Dessau, Hugo Junkers, wybitny specjalista w zakresie historii konstrukcji Ferdynanda Junkersa. Nie można wyobrazić sobie bardziej kompetentnej osoby w wyszukaniu błędów merytorycznych tego modelu, więc ten złoty medal ma swoją wartość. Drugie takie „specjalne” zwycięstwo miało miejsce w Londynie, gdzie nie tylko zdobyłem tym modelem Best of Show, ale również udało mi się pokonać Alana Clarka, jednego z najwybitniejszych światowych modelarzy – człowieka, który jest prawdziwą legendą. Byłem podobno pierwszą osobą, z którą Alan przegrał.

01-lancCzy inne modele też mają na swoim koncie takie, jak Pan je określił, „specjalne” zwycięstwa?

Chyba z każdym z nich wiąże się coś takiego. Poczynając od modelu Li-2 i wspomnianego Pucharu Revella, poprzez Kryształowego Delfina dla Liberatora, którą to nagrodę ufundowaną przez słynną firmę Swarovski, otrzymałem w Portugalii z dedykacją: „dzieło sztuki jubilerskiej w uznaniu dla sztuki modelarskiej”, aż po Best Aircraft dla Lancastera w USA jako pierwszy „nie amerykański” zdobywca tego tytułu. Nawet jeden z moich pierwszych konkursowych modeli – miniatura śmigłowca SM-1 – wystawiony w 2005 roku podczas mistrzostw modelarskich w Atenach zyskał wyróżnienie, gdy okazało się, że model ten ma więcej lat, niż cała historia greckich konkursów modelarskich i ku zaskoczeniu tamtejszych modelarzy swą precyzją nie odbiegał od współcześnie budowanych przez nich modeli. 

Jak długo można startować z jednym modelem? 

Każdy model w naturalny sposób starzeje się. Modelarstwo redukcyjne rozwija się, na rynek wchodzą nowe, lepsze narzędzia i surowce do budowy modeli, rosną zarówno umiejętności wykonawców, jak i wymagania tych, którzy oceniają ich pracę. Cała tajemnica modelarskich sukcesów polega na tym, żeby tworzyć modele w taki sposób, by formą prezentacji wyprzedzały trendy panujące w czasie, gdy były budowane.  Junkers G-23w był pierwszym moim modelem zrobionym z tą myślą. W następnych latach w roli mojego „flagowego” modelu zastąpił go najpierw model Liberatora, a później Lancaster. Lecz Junkers nadal może wygrywać, więc jeśli w jakimś konkursie jest specjalna kategoria modeli cywilnych statków powietrznych, to wystawiam go do rywalizacji. Mimo, że  od zbudowania minęło już ponad 20 lat, w dalszym ciągu wygrywa. W USA nawet zdarzyło się tak, że konkurował do nagrody Best Aircraft z moim Lancasterem!

I wygrał Pan sam ze sobą?

Sytuacja, gdy dwa moje modele konkurowały o pierwsze miejsce lub jakiś inny tytuł, miała nie raz miejsce. Czasami była to rywalizacja Junkersa z Liberatorem lub z Lancasterem, a czasami Liberatora z Lancasterem. Te trzy modele pod kątem dokładności odwzorowania są zrobione na podobnym poziomie, różnią się jedynie stopniem trudności. Najtrudniejszy do wykonania był Lancaster i odkąd nim startuję, to on wygrywa. To jest właśnie ten model, który zaliczył zwycięstwa na pięciu kontynentach.

01-brazyliaPowróćmy do kwestii Pana startów zagranicznych. Jakie znaczenie ma uczestnictwo w konkursach w tylu krajach i na tylu kontynentach?

W kategoriach materialnych w ogóle nie należy tego rozpatrywać. W sportowych również trudno to ocenić. W tej dziedzinie nie odbywają się bowiem jakieś kontynentalne i światowe mistrzostwa. Dziś modelarstwo redukcyjne charakterem imprez bardziej nawiązuje do festiwali sztuk, niż do sportu. Gdyby to tak porównywać, to oczywiście przy zachowaniu właściwych proporcji, mógłbym powiedzieć, że np. w Stanach zdobyłem swego „Oscara”, a w Europie odpowiednik Złotej Palmy z Cannes. Można użyć jeszcze innego porównania – alpiniści mają swoją Koronę Ziemi, czyli zdobycie najwyższych szczytów górskich na wszystkich kontynentach. W takim zestawieniu ja zdobywanie swojej „modelarskiej korony ziemi” zakończyłem w Brazylii, ale te porównania proszę traktować żartobliwie. Największą wartość ma dla mnie to, że miałem możliwość zaprezentowania swoich modeli na świecie i, że tylu różnych ludzi – bo przecież jurorów konkursowych można by przez te wszystkie lata policzyć w setki – oceniając je całkowicie niezależnie od siebie, uznało, że zasługują one na najwyższe wyróżnienia. Nie chcę, żeby zabrzmiało to jakoś przesadnie patetycznie, ale mam wielką satysfakcję, że będąc Polakiem pokazałem coś, co wzbudzało podziw i uznanie, a we wszystkich tych krajach byłem tym pierwszym Polakiem, który zwyciężył. 

Pańskie międzynarodowe sukcesy zostały zauważone także u nas w kraju...

Z tym jest różnie. Polska prasa modelarska ukierunkowana na modelarstwo redukcyjne to obecnie kilka tytułów wydawniczych. Ani jeden z wydawców nigdy nie uznał za stosowne odnotować tych zwycięstw. Tylko redakcja miesięcznika „Modelarz” zamieszcza od czasu do czasu informacje o zwycięstwach Andrzeja Ziobera. Mówię o tym nie dlatego, że domagam się oklasków. Wydaje mi się jednak, że modelarstwo z jego licznymi pozytywnymi walorami edukacyjnymi jest taką dziedziną, którą warto promować w społeczeństwie. Najlepsza promocja to nagłaśnianie międzynarodowych sukcesów polskich modelarzy, a któż jak nie prasa „branżowa”, przede wszystkim, powinien dbać o tę promocję? Zupełnie inaczej moje dokonania są odbierane w środowisku lotniczym. Rzeczywiście nie tylko je zauważono, ale oceniono bardzo wysoko.

Dowództwo Wojsk Lotniczych i Krajowa Rada Lotnictwa kilkakrotnie honorowały mnie różnymi wyróżnieniami. Najważniejsze to Honorowe Wyróżnienie Dyplomem Błękitnych Skrzydeł, wręczone w szczególnych okolicznościach, bo podczas uroczystych obchodów 125-lecia polskiego lotnictwa w 2004 roku. Te lotnicze nagrody mają dla mnie ogromną wartość. Gdy zaczynałem budować pierwsze modele konkursowe, o modelarstwie redukcyjnym wyrażano się niezbyt pochlebnie, kojarzyło się ono jedynie ze sklejaniem zestawów do samodzielnego montażu, które można było kupić w sklepach Składnicy Harcerskiej. Postrzegane było jako coś, delikatnie mówiąc, niezbyt ambitnego, wręcz tylko jako substytut „prawdziwego” modelarstwa. Po wielu latach udało mi się doprowadzić do tego, że o moich modelach nikt w środowisku lotniczym nie wyraża się pejoratywnie. Wręcz przeciwnie, wielu znakomitych lotników kibicuje mi podczas budowy kolejnych modeli, czasami służy radą, czasami pomaga rozwiązać jakieś problemy merytoryczne i zawsze cieszy się, gdy te modele wygrywają w świecie.

 

Lotnisko macierzyste

biernatyAirport Biernat

62-023 Gądki
ul. Poznańska 3
info@airport-biernat.pl
tel. +48 609 121 626
rezerwacje +48 697 977 356

Znajdź na mapie »

Fregata J6

Więcej…

© Polskie Stowarzyszenie Motoszybowcowe im. Antoniego KOCJANA